Okrągłe rocznice mobilizują nas do wyznaczania sobie dużych celów. Podobnie rzecz wygląda pod koniec każdego roku (ale o tym już pisałem). A ponieważ mam za sobą długą historię walki z tym czego było za dużo robiłem podobnie. Podejmowałem decyzję i osiągałem cel. Niestety na krótko.

Kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie do 30 roku życia postanowiłem wejść w nowy etap nieco lżejszy. Skoro “zmiana kodu, trójka z przodu” to niech i na wadze kod sie nieco zmieni.

Zrobiłem nawet badania z których wyszło, że czegoś tam może i jest za dużo, ale bez przesady, w tym wieku nie może być źle. No to podszedłem do tematu profesjonalnie. Umówiłem się na wizytę chyba nawet w Instytucie Żywności i Żywienia. Z wizyty pamiętam dwie rzeczy – pić więcej wody i dieta 1500 kcal.

Zastosowałem dietę, z wodą było nieco gorzej. Schudłem, bo na diecie 1500 kcal trudno w moim przypadku nie schudnąć. Niestety utrzymanie tak restrykcyjnej diety nie jest możliwe na dłuższa metę. OK, może gdybym był modelką wówczas znalazłbym motywację do utrzymania takiej diety. Ale nie jestem i nie wyobrażałem sobie siebie jako królika, który żyje głównie sałatą.

A zatem schudłem, odpuściłem dietę i przytyłem. I to dużo. Doszedłem do mojej rekordowej wagi, momentami przekraczającej 110 kg co przy moim wzroście oznacza otyłość III stopnia. No nie było fajnie.

Opamiętałem się mając 32 lata. I tu nastąpiła największa moja metamorfoza. Poszedłem do pewnej pani dietetyk. Dostałem zalecenia i podszedłem do nich poważnie. Dieta oparta o indeks glikemiczny czyli pewnych rzeczy nie jadłem w ogóle (zgadnijcie co jest na tej liście? Tak, same najlepsze rzeczy od piwa do kukurydzy i winogron), pewne sporadycznie, a to co na zielono codziennie. Zacząłem od 2 stycznia, bo przecież nowy rok warto dobrze przywitać.

Schudłem 25 kg w niespełna 4 miesiące. Sporo osób, które nie widziały mnie przez dłuższy czas miay problem z rozpoznaniem mnie.

Przyszły ciepłe dni. Wyjazdy. Sezon wkacyjny. Sezon grillowy. Dieta oparta o indeks glikemiczny nie sprawdza się najlepiej w tym momencie. Tzn. w moim przypadku w ogóle się nie sprawdziła. Zacząłem powolny kurs w kierunku otyłości.

Zajęło mi to chwilę, najpierw z 85 kg do 88 kg. Potem wyjazd na wakacje i 92 kg na wadze. Mijały kolejne miesięce, a na wadze pojawiały się kolejne kilogramy. Pojawiło się ich 99 i powiedziałem, o nie, 100 nie przkrocze.

Akurat pojawiła się książka Tima Ferrisa który przedstawiał swoje pomysły na dietę, a właściwie jeden. Polegał on mniej więcej na tym, że w ciagu tygodnia jadłem to samo. Takie same śniadania, take same obiady, takie same kolacje. Tzn. śniadanie różniło sie od obiadu, ale już śniadanie od śniadania nie. Natomiast w sobotę należało się napchać jak głupi – tabliczka czekolady, browar itd.

Trochę schudłem, tak ze 3 kg (czyli nic) a potem wróciłem do 99 kg.

Zbliżałem sie do 40 i znowu nabrałem motywacji, żeby pójść do dietetyka. Poszedłem, dostałem zalecenia i wytrwałem może miesiąc. Bardzo długi miesiąc w czasie, którego każdy kolejny posiłek był karą za grzechy również te, które miałem dopeiro popełnić. Planowałem wysadzenie fabryki serków wiejskich. Planowałem zamach na rolników uprawiających sałatę. Zastanawiałem się jak przeprowadzić serię zamachów które zlikwidowałby produkty których już szczerze nienawidziłem. Zamiast tego, dałem sobie spokój z dietą i wróciłem do 99 – 98 kg.

Robiło się mało fajnie.

Facet w wieku ponad 40 lat, z otyłością, ze sporadyczną aktywnością fizyczną to prosta droga do zawału. Lub innych przyjemnych sytuacji.

Nawiązałem współpracę z dietetykiem i trenerem online (nie pierwszy raz). Pierwszy ułożył mi dietę (znowu sporo rzeczy nie mogłem), drugi ułożył mi trening (i pewnych elementów za nic nie chciał zmienić, choć ja uczciwie uprzedzałem, że tego nie będe robił).

Efekt – troche schudłem i znowu efekt jo-jo.

W końcu pomyślałem, że może już tak musi być. Może ja jestem z tych, którzy nigdy nie schudną i mają do wyboru albo podejmować nieustanne próby schudnięcia z góry skazane na porażkę czy cieszyć się życiem i po prostu nie martwić się konsekwencjami otyłości. Tak naprawdę ani jedno ani drugi mi nie pasowało. Ale przetestowałem tak wiele różnych sposobów, że trudno było mi uwierzyć że może istnieć coś co mi pomoże. I prawdę mówiąc nie wierzyłem już w happy end.

Kiedy żona zaproponowała, że pójdziemy do dietetyka razem (ona jako wsparcie, bo jej odchudzanie nie było potrzebne) zgodziłem się dla świętego spokoju. OK, pójdziemy, dostanę dietę 1500 kcal albo coś podobnego, znowu się okaże, że nie będę mógł jeść wszystkiego co dobre, potrwa to chwilę, trochę schudnę, a potem znowu to samo.

Tym razem było jednak inaczej, ale tę historię już znacie.

Chcę tą historią zwrócić Waszą uwagę na kilka faktów:

1. Zapomnijcie o wszystkich dietach celebrytek, celebrytów, ekspertów obiecujących Wam błyskawiczne efekty już za tydzień, itd. To nie działa, albo może i działa, ale nie ma żadnej gwarancji, że zadziała na Was. Jest raczej większe prawdopodobieństwo, że skończycie z efektem yo-yo i frustracją, a każda kolejna próba będzie trudniejsza, a Wasza wiara w końcowy sukces mniejsza.

2. Jeśli dietetyk sugeruje Wam dietę 1500 kcal, albo głodówkę na wstępie i nie tłumaczy całościowego planu – uciekajcie. Tzn. jesli proponuje Wam głodówkę na wstepie to uciekajcie z krzykiem (chyba, że sa ku temu przesłanki medyczne i Wasz organizm takiego podejścia wymaga, ale trudno mi sobie to wyobrazić). Dietetyków jest dziś mnóstwo, ale dobrych dietetyków, podchodzących naprawde kompleksowo od początku jest nadal niewielu. Albo ja miałem takiego pecha.

3. Schudnąć może każdy i to szybko. To jest ta łatwa część. Część znacznie trudniejsza, to dojść do właściwej wagi i ją utrzymać, jeść i nie tyć.

4. Skuteczna dieta nie jest dietą. Skuteczny sposób na schudnięcie to zmiana nawyków żywieniowych i stylu życia. Bo to musi być zmiana na całe życie, inaczej prezent w postaci efektu jo-jo jest gwarantowany.

5. Zmiana nawyków żywieniowych oznacza, że jesz róznorodnie, że jesz i to co ma białko i to co ma tłuszcze i to co ma węglowodany. W odpowiednich proporcjach, w odpowiednim czasie i miejscu.

6. Nie będzie lepszego dnia na rozpoczęcie odchudzania od tego który właśnie jest. Dziś, tu i teraz. Oczekiwanie na rocznice, koniec roku, początek roku, itd. to nic innego jak próby odłożenia dchudzania na tzw. wieczne nigdy. Jeśli masz coś zrobić, to rób.

Przecież wiadomo od zawsze, że:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *