Dostaje sporo wiadomości i maili od osób czytających bloga i jedna z najczęściej powtarzających się informacji brzmi tak: ale mnie nie stać na drogie diety. Moja odpowiedź brzmi zawsze tak samo: ale to nie problem, bo odchudzanie wcale nie jest drogie. Co więcej jest tańsze, niż niezdrowe odżywanie i to z wielu powodów.

Właściwie mógłbym napisać tylko tyle, że otyłość prowadzi do wielu chorób (i sama w sobie jest chorobą), a ich leczenie to zawsze koszty albo bezpośrednie, albo pośrednie.

Zdecydowanie lepiej jest więc nie być otyłym niż być, bo choć nikt nikomu gwarancji zdrowia dać nie może, to jednak ryzyko można zmniejszyć. A tym samym oszczędzić sobie kosztów.

Wiem jednak, że takie przedstawienie problemu mało kogo przekonuje, bo zdrowiem dość często zaczynamy się przejmować, kiedy już zachorujemy. Inna sprawa, że bardzo wielu ludzi zaczyna się odchudzać, dopiero kiedy przestraszy się choroby. Nie ma skuteczniejszego motywatora niż np. widmo zbliżającego się zawału serca.

Oczywiście bez sensu jest się do takiego stanu doprowadzać, ale powiedzcie to osobie otyłej, która jeszcze czuje się w miare dobrze. To jednak temat na inny tekst.
Jak wspominałem dostaję sporo wiadomości od osób, które chciałby zacząć się

odchudzać, ale obawiają się, że koszty będą wysokie. Jeden z przykładów:

„Chce schudnąć ale każda dieta kończy się porażka i dodatkowymi kg od razu mówię nie stać mnie na koktajle”

Albo inny:

„Nie mam czasu na gotowanie, ale na dietę pudełkową mnie nie stać i naprawdę już nie wiem co zrobić”

I jeszcze jeden:

„Zarabiam dość przeciętnie, a te diety, które znalazłam w internecie wyglądają na drogie – szparagi, bataty, mango… no bez szans”

Każdą z tych osób zapytałem, czy szukała fachowej pomocy, np. u polecanego przez innych dietetyka. Odpowiedź za każdym razem była taka sama – nie, bo mnie nie stać. No i w tym momencie zaczynam obalać mity.

Pytanie: możesz napisać, jak wyglądają Twoje zakupy spożywcze w sklepie? I co kupujesz każdego dnia (jeśli to robisz), np. przekąski.

W 90% przypadków autorki i autorzy tych wiadomości kupują: czekoladę, piwo, wino, chipsy, paluszki i inne przekąski, itd. W dwóch przypadkach podliczyłem te wydatki i odpowiedź brzmiała następująco: jeśli w ciągu następnych dwóch tygodni zrezygnujesz z tych rzeczy (i tu pojawiła się lista produktów) to nie dość, że organizm Ci za to podziękuję, to na dodatek masz już kasę na wizytę u dietetyka. A zatem to nie jest tak, że Cię nie stać, to tylko i wyłącznie kwestia Twojego wyboru.

W tym momencie zazwyczaj pojawiają się dwie reakcję:

Pierwsza – kontakt się urywa, bo po prostu trudno jest ciągnąć wątek „nie stać mnie” kiedy liczby mówią inaczej.

Druga – pojawiają się kolejne tłumaczenia, że to tak trudno zrezygnować z przyjemności, bo życie w zasadzie ciężkie i trzeba je sobie osłodzić, itd.

Zdarzyły mi się 2 (słownie dwa) przypadki osób, które zrozumiały, że faktycznie stać je na wizytę i dietetyka, co więcej były skłonne odstawić np. przekąski na 2 tygodnie i zaoszczędzić, ale pojawiły się wątpliwości co dalej. No bo dalej będzie pewnie droga dieta i wizyty kontrolne, a to przecież wszystko kosztuje.

Oczywiście, kosztuje. Ale mniej niż się wydaje.

Po pierwsze nowy jadłospis. Opowiem na własnym przykładzie. Wcześniej, zanim zacząłem się prawidłowo odżywiać wchodziłem do sklepu i w koszyku lądowały najróżniejsze produkty od tych z listy przez te na które nagle nabrałem ochoty po te zupełnie bez sensu. Oczywiście niemal zawsze do koszyka wkładałem tzw. „zdrowie produkty” bo przecież trzeba sumienie uspokoić. Oczywiście kupowałem sporo mięsa i wędliny, no bo jak to śniadanie i kolacja bez wędliny, a obiad bez mięsa?

Efekt był taki, że sporo produktów wyrzucałem, odżywiałem się źle (wyniki badań i waga nie pozostawiały wątpliwości) i na dodatek przepłacałem.

Kiedy od mojej ulubionej pani dietetyk dostaliśmy jadłospis i poszliśmy do sklepu z listą zakupów, byłem mocno zdziwiony przy kasie. Napakowałem do koszyka sporo rzeczy i okazało się, że zapłaciliśmy za zakupy około 100 zł mniej niż zwykle.

To było zaskoczenie numer jeden, bo jednak spodziewałem się czegoś dokładnie odwrotnego. No ale tak: kupiliśmy dużo warzyw, sporo owoców, niezbyt dużo mięsa (dwie piersi z kurczaka) więc ilościowo sporo, ale już cenowo lepiej.

Druga oczywista wątpliwość była taka – przecież ja nie jestem królikiem, żeby jeść same warzywa, pewnie będę non stop głodny. Po pierwszym tygodniu wiedziałem już jak bardzo się myliłem, bo tak dobrych posiłków nie jadłem od dawna.

Po trzecie, w końcu nic się nie zmarnowało. Większe zakupy robimy zazwyczaj raz w tygodniu, w czwartki. W środę lodówka była już nieco pusta, ale było to czego potrzebowaliśmy do przygotowania wszystkich posiłków i przekąsek. Nic nie wyrzuciliśmy, pierwszy raz od dawna (a to jest równoznaczne z tym, że nie straciliśmy też pieniędzy = zaoszczędziliśmy).

Licząc więc bardzo pobieżnie, robiąc przemyślane zakupy oparte o konkretny jadłospis sporo w ciągu roku zaoszczędziliśmy. Przyjmując, że obniżyliśmy koszt zakupów o 100 zł, to w ciągu roku wydaliśmy mniej o 4800 zł! Nawet jeśli odejmiemy koszt wizyt kontrolnych (a wypadają one zazwyczaj co 2-2.5 miesiąca) to i tak jesteśmy nadal na dużym plusie.

Do tego coś czego z jednej strony nie da się przecenić – zdrowie. Choć z drugiej strony, możemy pokusić się o pewne założenie – istnieje spora szansa, że gdybym nie zmienił nawyków żywieniowych i stylu życia, byłbym już po pierwszym zawale.

Trudno powiedzieć w jaki sposób mógłby wpłynąć na moje życie zawodowe, no a gdyby wpłynął i nie mógłbym pracować tak jak teraz to straty byłyby już naprawdę duże i bardzo odczuwalne.

W końcu aspekt moralno-ekologiczny: nie wyrzucamy jedzenia. To też są konkretne kwoty w naszym przypadku zaoszczędzone, a w skali makro może nieodczuwalne, ale gdyby tak więcej osób zrobiło to zmiany byłyby bardzo widoczne.

Podsumowując.

To, że odchudzanie jest drogie to mit.

Oczywiście jeśli zaczniecie wiedzę o odchudzaniu czerpać z blogów, lub co gorsza z kont celebrytek na Instagramie, to tak, możecie dojść do wniosku, że dopóki nie kupicie markowego stroju sportowego za minimum 1000 zł, oraz odżywek, batonów, diety pudełkowej oraz serii koktajli oczyszczających aurę i jelita za minimum 1800 zł – nic Wam się nie uda.

Przy czym to trzecia prawda z prawd objawionych przez księdza Tischnera.
Zmiana nawyków żywieniowych to przede wszystkim decyzja, która wpływa na absolutnie wszystko: zakupy większe i mniejsze, sposób i czas odżywiania, itd. I tak naprawdę w wielu przypadkach sprowadza się to właśnie do tego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie – czy chcę się zmienić? Znowu zacytuję moja ulubiona panią dietetyk – kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu.

Oczywiście, wiem, że odstawienie słodyczy i innych przekąsek, zrezygnowanie z fast-foodów nie musi być najłatwiejsze, ale nie dość, że jest korzystne dla zdrowia to może dać konkretne oszczędności, np. potrzebne na wizytę u specjalisty (a uwierzcie mi, to jest jedna z najlepszych inwestycji w życiu).

Mądry i doświadczony specjalista z pewnością nie zaproponuje Wam diety pudełkowej, ani gotowych koktajli za 1000 zł tygodniowo. Zaproponuje coś, co będzie korzystne dla Waszego zdrowia, bardzo smaczne i zdecydowanie tańsze niż to czym odżywiacie się codziennie.

Kto chce szuka sposobu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *